Pobudka jeszcze w nocy, zimne powietrze i czołówki przecinające ciemność szlaku.
A potem Trzy Korony i powolny wschód słońca nad górami.
Najpierw pojawiło się delikatne światło.
Po chwili mgły zaczęły odsłaniać doliny, a szczyty budziły się do życia.
Cisza, chłód i ten moment, kiedy człowiek stoi bez słowa, bo wie, że żadnym zdjęciem nie odda tego, co widzi.
Dla takich poranków warto było wstać przed świtem.












